KONTAKT   I   REKLAMA   I   O NAS   I   NEWSLETTER   I   PRENUMERATA
Sobota, 25 maja, 2024   I   04:24:07 PM EST   I   Borysa, Magdy, Marii-Magdaleny
  1. Home
  2. >
  3. WIADOMOŚCI
  4. >
  5. Polska

Parlament Europejski zamiast habilitacji

19 marca, 2009

Bardzo ostatnio popularny dzięki licznym występom w mediach politolog z Uniwersytetu Śląskiego doktor Marek Migalski, o którego kłopotach z otwarciem przewodu habilitacyjnego tak na macierzystej uczelni, jak na Uniwersytecie Jagiellońskim pisałem niedawno i to kilkakrotnie w portalu poland.us, zdecydował się wystartować do Parlamentu Europejskiego z ramienia Prawa i Sprawiedliwości.

Zapytany przez "Rzeczpospolitą" o to, dlaczego zamarzyło mu się zostać politykiem, odpowiedział:
   
"Postanowiłem przestać opisywać rzeczywistość. Chcę zacząć ją zmieniać."
   
Nie pierwszy to i nie ostatni człowiek nauki, który postanowił spróbować swych sił w polityce. Czy okaże się ona dla niego trampoliną do sławy, czy też zniszczy go i wypluje - trudno wyrokować. Migalski doskonale zdaje sobie zresztą - jako specjalista od analizowania politycznych zjawisk - sprawę z czyhających na niego licznych zagrożeń. Na pytanie dziennikarza "Rz", czy nie boi się utraty obiektywizmu przyznaje:
   
"Nigdy nie byłem obiektywny. Nie ma obiektywnych naukowców i komentatorów. Ja byłem niezależny, bo nigdy wcześniej nie byłem powiązany z żadną partią. Odmawiałem im nawet analiz. Zawsze gdy komentowałem wydarzenia, robiłem to w dobrej wierze. Od chwili gdy się porozumiałem z PiS, nie udzieliłem ani jednego wywiadu czy komentarza."
   
Doceniam odwagę śląskiego politologa, ale nie zazdroszczę mu sytuacji, w jakiej się znalazł, wyrażając zgodę na bycie "jedynką" PiS w swoim okręgu wyborczym. W wielu  medialnych wystąpieniach (a było ich ostatnio sporo), Migalski nie krył swego zaangażowania po stronie partii Jarosława Kaczyńskiego. Oczywiście, formalnie był niezależnym komentatorem, ale nie można nie zauważyć, że zawsze brał w obronę to właśnie ugrupowanie.
   
Jest to jego prawo, każdy może przecież sympatyzować z kim chce, bo - jak sam przyznał - "nie ma obiektywnych naukowców i komentatorów". Musi się teraz jednak poważnie liczyć z falą potężnych ataków ze strony politycznych przeciwników, którzy z pewnością nie omieszkają wykorzystać tego, iż był od dawna gorącym orędownikiem PiS, a skoro startuje z listy owej partii, oznacza to, że dostał intratną propozycję w zamian za poniesione dla niej zasługi.
   
Nie ma w tym nic dziwnego, ani tym bardziej nagannego, zwracam natomiast uwagę, że Migalskiego czekają w najbliższym czasie niełatwe wyzwania. No i na dłużej będzie chyba musiał odłożyć marzenia o otwarciu przewodu habilitacyjnego. Sam przynaje zresztą, że porażka wyborcza byłaby dla niego bardzo traumatycznym przeżyciem, dobrowolnie godzi się natomiast na pewne ograniczenie swej wolności z uwagi na dyscyplinę partyjną, jaka już zaczęła go obowiązywać.
   
Deklaruje jednak w rozmowie z "Rzeczpospolitą": "jeśli uznam, że lojalność wobec partii zbyt wiele ode mnie wymaga, wycofam się z polityki". Bierze także pod uwagę, że powrotu do działalności naukowej może już nie mieć, chociaż przytacza przykład profesora Pawła Śpiewaka, który po jednej, w dodatku niepełnej kadencji parlamentarnej w roli posła Platformy Obywatelskiej, dobrze odnalazł się ponownie w środowisku naukowym, które na krótko opuścił. Ale trzeba też obiektywnie stwierdzić, że profesor ma łatwiejszy powrót na uczelnię niż niesamodzielny pracownik nauki.
   
Jedno jest pewne: doktor Marek Migalski podjął duże ryzyko i praktycznie postawił wszystko na polityczną kartę.

Jerzy Bukowski