KONTAKT   I   REKLAMA   I   O NAS   I   NEWSLETTER   I   PRENUMERATA
Sobota, 1 października, 2022   I   12:17:13 AM EST   I   Heloizy, Igora, Remigiusza
  1. Home
  2. >
  3. WIADOMOŚCI
  4. >
  5. Polska

Chuligan Bartoszewski

20 października, 2007

Chuligan Bartoszewski

Najpierw były efektowne stwierdzenia o dyplomatołkach, dewiantach psychicznych i ludziach zwichrowanych wewnętrznie. Potem padło obelżywe sformułowanie, że premier Jarosław Kaczyński całkiem nieźle zna Zachód, ponieważ był raz (a może nawet dwa) w toalecie na lotnisku we Frankfurcie nad Menem. W przedwyborczym tygodniu dowiedzieliśmy się zaś, że rządzą nami ludzie o mentalności karłów moralnych.

Kto wypowiedział te wszystkie rynsztokowe słowa, wielokrotnie znieważając władze Rzeczypospolitej i narażając na szwank - także za granicą - jej majestat? Drugorzędny polityk marginalnej partii, pragnący zabłysnąć za wszelką cenę i mieć swoje pięć minut w mediach? Nazbyt rozemocjonowany w walce o głosy wyborców przedstawiciel któregoś z największych ugrupowań opozycyjnych, który zapomniał o kulturze dyskusji?
   
Nie, w ten sposób regularnie zachowuje się od kilku tygodni Władysław Bartoszewski, pretendujący do miana jednego z ostatnich autorytetów moralnych współczesnej Polski. Człowiek, który zawsze starał się być szarmancki w gestach, elegancki w mowie i pełen kurtuazji wobec partnerów, także jeżeli stali oni po przeciwnej stronie barykady.
   
Na naszych oczach dokonuje się niezrozumiała przemiana męża stanu w politycznego chuligana, który nie usiłuje nawet zachować pozorów obiektywizmu, lecz atakuje bez umiaru i bez pardonu tych, których uznał za swoich wrogów. W dodatku nie chce on odważnie brać odpowiedzialności za swoje słowa, ponieważ zapytany wprost przez przeprowadzającego z nim wywiad w TVN 24 Bogdana Rymanowskiego, kogo miał na myśli, mówiąc o dewiantach psychicznych i karłach moralnych odpowiedział sofistycznym wykrętem, że przecież nikogo nie wymienił po nazwisku, a nie jest jego winą, że "nożyce się odezwały".
   
Przykro mi, że muszę już drugi raz - na przestrzeni zaledwie paru tygodni - wyrazić swój szczery żal z powodu skandalicznego obniżenia standardów publicznej debaty przez Bartoszewskiego. Kiedy napisałem o nim 2 października w portalu poland.us bardzo - w moim i w wielu moich znajomych przekonaniu – delikatny, choć krytyczny artykuł pod życzliwym, zapożyczonym od Marii Rodziewiczównej tytułem "Straszny dziadunio", odezwały się głosy, że bezpodstawnie szargam w błocie ostatni polski autorytet moralny.
   
Cóż mogę odpowiedzieć na te zarzuty? Pozostaje mi tylko wyrazić smutną satysfakcję, że nie pomyliłem się, niestety, w negatywnej ocenie Bartoszewskiego. Okazuje się jednak, że byłem zbyt łagodny w stosunku do byłego ministra spraw zagranicznych (uporczywie tytułowanego przez wszystkich profesorem, chociaż nie ma on wcale tego tytułu naukowego), ponieważ kolejne dni przyniosły istną erupcję wulgaryzmów, które nie przystoją nawet najbardziej zajadłym politycznym harcownikom.
   
To, co wyprawia ostatnio Bartoszewski, jest godne najwyższego ubolewania. Rozumiem, że stając na czele wyborczego komitetu honorowego Platformy Obywatelskiej zobowiązał się on do propagowania jej programu i kandydatów do parlamentu oraz zwalczania przeciwników, czyli przede wszystkim Prawa i Sprawiedliwości i obecnego rządu.
   
Można jednak spełniać to zadanie w kulturalny oraz adekwatny do swej chlubnej przeszłości sposób, nie uwłaczając nikomu, nie lżąc i nie obrażając w nikczemnej formie ludzi, którzy mają inne poglądy i wyznają odmienne wartości w polityce. Wypadałoby tak właśnie postępować, mając za sobą sporo pięknie przeżytych lat i ogromny, zasługujący na poważanie dorobek w publicznej służbie Rzeczypospolitej. Bartoszewski wybrał jednak całkiem inną drogę, na której – za cenę chwilowego medialnego rozgłosu – rozmienia na drobne swą dawną sławę, tracąc wysoką pozycję arbitra.
   
Jestem zażenowany i oburzony. Chciałbym bowiem, aby pozostało w Polsce chociaż kilka osób o niekłamanym autorytecie, potrafiących stanąć ponad doraźnymi podziałami. Niedawno umarł jeden z takich wspaniałych ludzi: ksiądz prałat Zdzisław Peszkowski. On też miał swoje - całkiem wyraziste - poglądy na naszą sytuację polityczną, ale dyskretnie i elegancko ujawniając je mediom, nigdy nie posuwał się do wulgaryzmów. Identycznie zachowywał się także śp. Jan Nowak-Jeziorański, chociaż z wielu jego wypowiedzi dało się odczytać polityczne sympatie i antypatie. Nigdy nie przekroczyli oni jednak granicy, którą wyznaczają godność i szlachetność.
   
W podobny sposób pełnią od wielu lat rolę moralnych autorytetów ostatni prezydent RP na Uchodźstwie Ryszard Kaczorowski i profesor Zbigniew Brzeziński. Wszystkie ich wypowiedzi są niezwykle stonowane, dobrze wyważone i w pełnym tego słowa znaczeniu eleganckie. Doskonale znając swoją wartość i wiedząc, jakim szacunkiem cieszą się wśród rodaków, unikają oni ostrych sformułowań i starają się nie narzucać nikomu własnych ocen bacznie przez siebie obserwowanej – z widoczną troską o lepsze jutro - polskiej rzeczywistości.
   
Szkoda, że za tej zaszczytnej roli wypadł ostatnio - i to wyłącznie na własne życzenie - Władysław Bartoszewski.

z Polski dla Amerykańskiego Portalu Polaków
Jerzy Bukowski