KONTAKT   I   REKLAMA   I   O NAS   I   NEWSLETTER   I   PRENUMERATA
Wtorek, 6 grudnia, 2022   I   04:52:25 PM EST   I   Dionizji, Leontyny, Mikołaja
  1. Home
  2. >
  3. WIADOMOŚCI
  4. >
  5. Polska

Warchoł Rokita

02 lutego, 2007

Warchoł Rokita

Nie dziwię się oburzeniu wielu polityków Platformy Obywatelskiej na Jana Marię Rokitę, który kolejny raz zlekceważył zasady zespołowej gry, prezentując bez uzgodnienia z kierownictwem partii plan reformy państwa - opracowany przez liczne grono jej członków - w towarzystwie jedynie dwóch zaufanych ludzi.

Określenie zachowań niedoszłego premiera z Krakowa jako warcholskich jest w pełni uzasadnione, zważywszy na całokształt jego politycznej działalności. Nie tak dawno pisał w tym miejscu o antypaństwowej wymowie jego poczynań Wojciech Mleczko w artykule pt. „Premier z Krakowa”. Nic więc dziwnego, że Rokita skutecznie anarchizuje on także własną partię. Być może jest to przygrywka do jej  rychłego opuszczenia, zwłaszcza że coraz częściej jego bieżące poglądy lokują się bliżej programu Prawa i Sprawiedliwości, niż PO.

Nie w poglądach tkwi jednak istota problemu Rokity, bo tak naprawdę nie ma on żadnych trwałych zasad uprawiania polityki poza niepohamowanym pędem do władzy. Aby  choć trochę przybliżyć się do niej, gotów jest głosić tezy, jakim jeszcze kilka miesięcy temu sprzeciwiał się, odsądzając od czci i wiary ich wyznawców. Jemu chodzi wyłącznie o osobistą karierę, dla której bez wahania poświęca przyjaciół, partie, uczciwość, prawdę.

Trzeba mu przyznać, że znakomicie potrafi przy tym sprawiać w oczach opinii publicznej wrażenie człowieka autentycznie zatroskanego o swoje ugrupowanie oraz szczerze miłującego państwo. Jest w nim wiele z bolszewickich komisarzy, którzy umieli jednocześnie wygłaszać piękne frazesy o miłości ojczyzny i podpisywać wyroki śmierci na patriotów, uznanych w danym momencie  przez partyjną zwierzchność za jej nieprzejednanych wrogów. Różnica polega jedynie na tym, że dla niego zwierzchnością jest wyłącznie on sam.

Cynizm i arogancja Rokity są powszechnie znane od wielu lat, a mimo to zdobywa on wciąż nowych sojuszników, ufających mu i gotowych wiązać z nim swoje polityczne losy. Niepomni dramatycznej przeszłości jego poprzednich „towarzyszy podróży”, biorą za dobrą monetę jego miłe dla ich uszu deklaracje o lojalności, dyscyplinie, podporządkowaniu się aktualnym przełożonym.

Dziwi mnie, że wytrawni politycy o wieloletnim doświadczeniu dają się tak łatwo nabierać na jego stosunkowo proste i dość przejrzyste zachowania, zwłaszcza że większość z nich w podobny sposób traktuje swoje uczestnictwo w życiu publicznym, powinni być więc ostrożni i podejrzliwi. Może imponuje im on jako największy mistrz w sztuce omamiania i oszukiwania partnerów, rywali oraz opinii publicznej?

Gdyby jakikolwiek inny polityk PO pozwolił sobie na taką niesubordynację, jak Rokita, opuściłby jej szeregi jeszcze tego samego dnia. Tymczasem Donald Tusk, tak chętnie wytykający mu ostatnio wszelkie przejawy nielojalności, łagodzi atmosferę i uspokaja co bardziej porywczych członków swojej partii, żądających podjęcia stanowczych kroków dyscyplinujących najbardziej niesfornego spośród nich. Czyżby wierzył Rokicie, kiedy ten z kamienną twarzą mówi o swoim głębokim przywiązaniu do Platformy dzień po tym, jak ośmieszył ją samowolnym wystąpieniem, o którym kierownictwo dowiedziało się z mediów? Wolne żarty!

Dopóty jednak dzban wodę nosi, dopóki się ucho nie urwie. Jeżeli polska polityka zmierza do normalności i ma upodobnić się wreszcie do zachodnich standardów, musi już wkrótce nadejść moment upokorzenia dla Rokity i innych, wzorujących się na nim „mężów od stanu” (by przywołać zgrabne określenie autorstwa Józefa Piłsudskiego). Im prędzej go doczekamy, tym lepiej dla Rzeczypospolitej.

Jerzy Bukowski